log in

Wpisy

Deja vu kibiców Korony Kielce

Z piłką nożną jest jak z małżeństwem. Jak już pokochasz jakiś klub, to wiążesz się z nim na lata, a często i do końca życia, bez względu na to, czy zawsze podobają ci się podejmowane działania, czy uważasz je za rozsądne i słuszne. Tak będzie pewnie i tym razem - nie porzucimy Korony dlatego, że zmienia trenera, choć uważamy, że jest to właściwa osoba we właściwym miejscu, ale też nie przyklaśniemy niezrozumiałym decyzjom w ciemno. W życiu codziennym na zaufanie się pracuje, na zaufanie kibica także - w Kielcach może nawet ciężej niż gdzie indziej, bo nasze zaufanie już nie raz zawiedziono.

Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy mimo protestów kibiców i zawodników za współpracę podziękowano Leszkowi Ojrzyńskiemu - trenerowi, dzięki któremu zaczęliśmy się liczyć na piłkarskiej mapie Polski, któremu zawdzięczaliśmy nie tylko 5. miejsce w tabeli, ale przede wszystkim charakter. Wystarczyło popatrzeć na Bandę Świrów, posłuchać tego, co się działo w szatni, by wiedzieć, że te chłopaki nie odpuszczą, że z nimi trzeba się liczyć. Całe piłkarskie Kielce doceniały pracę Ojrzyńskiego i trudno byłoby spotkać kogoś, kto chciałby jego dymisji. Ktoś taki się jednak znalazł i choć bardzo chcielibyśmy, by Kielce opuścił sławny już duet "Ch-K", to jednak z naszym miastem pożegnał się charakterny i ambitny szkoleniowiec. To był dla mnie moment przełomowy. Moment, w którym uświadomiłem sobie, że to, czego chcemy z poziomu trybun, nie jest istotne dla tych, którzy patrzą na nas co najwyżej z loży VIP.

Później takich sytuacji było wiele. Nie byłem odosobniony w swojej sympatii do Marcina Brosza i tego, jaką rolę odgrywał w zespole. Ktoś jednak miał inną wizję, jak zawsze niesprecyzowaną i podaną w postaci suchych faktów o  rozstaniu z trenerem, bez chęci podjęcia dialogu, w sumie nawet bez sensownych argumentów. Łzę uroniłem, gdy okazało się, że nie zostanie przedłużony kontrakt ze Zbyszkiem Małkowskim, a gdyby zliczyć te łzy uronione przez Kielczan w tamtej chwili, zrobiłby się z tego spory potok.

Dziś przychodzi się żegnać z kolejną ważną postacią Korony - z trenerem Bartoszkiem. Z gościem, który wprowadził nasz klub do grupy mistrzowskiej, co przed sezonem wydawało się mało prawdopodobne. Mówiło się o przedłużeniu kontraktu, jeśli będzie ta górna ósemka. Ona jest, a kielecki kibic po raz kolejny zastanawia się, co tym razem poszło nie tak. Chociaż może powinien się już do tego przyzwyczaić, spotyka go to przecież co sezon.

Nie odwrócę się od Korony także tym razem, choć czasem myślę, że to byłoby najłatwiejsze rozwiązanie. Zaakceptuję nowego szkoleniowca, darząc go mniejszą lub większą sympatią, tak jak zaakceptowałem Milana Borjana w miejscu niezastąpionego Zbyszka Małkowskiego. Nadchodzi nowe, a strach przed nowym pojawia się zawsze. Pytanie do tych "na górze" brzmi - czy są na tyle pewni swojego planu, czy tak wierzą w jego powodzenie, że ryzykują utratę nadwątlonego i tak zaufania kibiców. Niedawno mówiono, że do Kielc powróciła w końcu normalność, życzę sobie i wam, by to stwierdzenie nie okazało się przedwczesne.

Potrzeba silnej ręki

Po zwolnieniu trenera Tomasza Wilmana, zaczęto spekulować, który szkoleniowiec poradziłby sobie z kieleckimi piłkarzami. W meczu z Legią stery przejmie dotychczasowy asystent Sławomir Grzesik, ale jest to raczej opcja jednorazowa.

26 października na łamach „Przeglądu Sportowego” pojawiły się niepokojące informacje na temat zawodników Korony. Podobno niektórzy piłkarze mają tkankę tłuszczową na poziomie 20 %, co w profesjonalnym sporcie jest wręcz „przestępstwem”. O złych nawykach żywieniowych naszych kopaczy pisałem już po meczu z Cracovią, a moje przypuszczenia znalazły potwierdzenie. Kibicuje Koronie od dziecka i nie mogę patrzeć, jak mój ukochany klub jest niszczony od środka. Do poziomu zarządu dostosowało się szerokie grono zawodników urządzając sobie samowolkę. Na boisku totalna żenada, zero walki i zaangażowania, ale jeśli dla (nie)profesjonalnego sportowca, który inkasuje kilkanaście tysięcy miesięcznie, ważniejszy jest wypad na miasto i kebab, to powinno go się zwolnić w trybie natychmiastowym.

Poprzez pryzmat wszystkich tych wydarzeń trudno jednoznacznie ocenić pracę Pana Wilmana. Na początek wysoka porażka 4:0 w wyjazdowym meczu z Zagłębiem w Lubinie. W kolejnych spotkaniach wywalczone dwa punkty z Piastem i z Pogonią, fenomenalny mecz z Lechem Poznań oraz przyzwoite, choć przegrane wyjazdowe spotkanie w Gdańsku. Po trzech zwycięstwach z rzędu (z Wisłą Płock i Kraków oraz z Arką) wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, jednak potem przyszła seria porażek. Ile jest w tym winy trenera, a ile piłkarzy? Tego zapewne się nie dowiemy. Z powodu tragicznej sytuacji finansowej klubu, skład z roku na rok prezentuje się słabiej. Gdy podstawowy gracz łapie kontuzję, nie ma godnego zmiennika, ale czy mianem zawodnika pierwszego składu można nazwać faceta, który czuję się bezkarnie i ignoruje polecenia sztabu szkoleniowego? Każdy z piłkarzy powinien zrobić rachunek sumienia i odpowiedzieć na pytanie, czy dał z siebie wszystko? Nie ukrywajmy, trener Wilman dostał do dyspozycji grupę typowych piłkarzy rzemieślników, którzy dodatkowo zaniedbywali swoje obowiązki. Z takiego materiału ludzkiego nawet Sir Alex Ferguson lub Jose Mourinho nie wykrzesaliby wiele więcej. Gdyby nie protest kibiców z „Młyna” na stadionie już dawno zawisłby transparent z treścią w stylu „ W głowie kasa, dyskoteki na boisku piłkarskie kaleki”. Takim mocnym przekazem motywowali swoich ulubieńców kibice Korony kilka sezonów temu.  Po meczu w Chorzowie padły jeszcze mocniejsze słowa i zobaczymy, czy przyniosą one skutek.

Teraz wszystko w rękach włodarzy. Potrzeba silnej ręki, trenera z charyzmą i mocnym charakterem, który umie krzyknąć, ukarać, nie bać się konsekwencji swoich decyzji, a przede wszystkim powiedzieć piłkarzom, że Korona to klub z tradycjami, za który każdy kielecki kibic oddałby serce i to samo mają robić zawodnicy na murawie. Kandydatów jest wielu, ale większość znajduje się poza możliwościami finansowymi Złocisto-krwistych. Fani głośno domagają się powrotu Leszka Ojrzyńskiego. Sam zainteresowany potwierdza chęć nawiązania ponownej współpracy, ale czy to możliwe? Pamiętając, w jakich nastrojach przebiegało jego rozstanie z klubem, jest to mało prawdopodobny scenariusz. Właściciele klubu musieliby się przyznać do błędu, a wielokrotnie udowodnili, że nie są w stanie tego zrobić. Może jednak posypią głowę popiołem i wreszcie podejmą słuszną decyzję. Kto, jak nie Leszek może naprawić tę beznadziejną sytuację?  

Tylko jeden człowiek może zastąpić Marcina Brosza

Zakończyliśmy sezon, wbrew nadziejom niektórych utrzymując się w Ekstraklasie. Pora więc na przygody z cyklu nowy inwestor tuż tuż, kontrakty się kończą, ale to nie problem, bo inwestor na pewno będzie. Nie zapomnijmy też postawić znaku równości pomiędzy określeniami „nowy sezon” i „nowy trener”, bo przecież w Kielcach w ostatnich latach są to pojęcia tożsame. Nawet jeśli dotyczy to trenera takiego jak Marcin Brosz – gościa z pomysłem na zespół przez wielu skreślany, z wizją zespołu niebędącego w czołówce pod względem zarobków, ale pod względem zaangażowania już tak – czyli takiej drużyny, jaką chcemy w Kielcach oglądać i – może przede wszystkim – takiej, na którą Kielce stać. Nie podoba nam się to, że pożegnano się z Marcinem Broszem po zaledwie jednym sezonie. Zresztą po sezonie, w którym osiągnął on wyznaczony cel – utrzymał Koronę w lidze. Tak się nie robi, tak się robić nie powinno. Niestety, polskie podwórko uwielbia rotacje w sztabach szkoleniowych, nawet te bezsensowne.

W naszym odczuciu Marcin Brosz był najlepszym szkoleniowcem Korony od czasów Leszka Ojrzyńskiego. On także stworzył zespół z charakterem, kolektyw stawiający na waleczność. Chcieliśmy, żeby Brosz został, pewnie wielu kibiców tego chciało, ale to już przeszłość – klub podjął decyzję i jedyne co możemy zrobić, to podziękować trenerowi za to, co zrobił dla naszego klubu. Trenerze, mamy nadzieję, że nasze drogi się jeszcze kiedyś skrzyżują.

ojrzynski
Jeśli ktoś ma zastąpić Marcina Brosza i nie utracić tego, co on zbudował, to idealnym kandydatem wydaje się być właśnie Leszek Ojrzyński. Pewnie, że od razu nasuwa się skojarzenie, że wraz z trenerem Ojrzyńskim wróci Korzym, Janota etc. Ale…jeśli prawdą okażą się informacje, że klub chce zostawić Airama Cabrerę mimo wygórowanych warunków finansowych, to Korzeń nie wróci. A druga rzecz, z którą pewnie nie wszyscy się zgodzą, ale my wyznajemy zasadę, że pewni zawodnicy mogą rozwijać się tylko w danym klubie – Ryba, Małecki czy właśnie Korzym. W Kielcach zarówno Kiełb, jak i Maciek byli ulubieńcami kibiców, mieli całe trybuny za sobą, wiedzieli, że te trybuny będą za nimi, nawet jeśli coś nie pójdzie. W Kielcach dla kibiców byli kimś wyjątkowym. Idąc do innych klubów, przestali być ulubieńcami, stali się po prostu jednmi z wielu, zmieniły się oczekiwania. Korzym dostał łatkę gościa, dla którego tworzy się kominy płacowe nieuzasadnione skutecznością strzelecką. Zaczęto mu wyliczać, ile meczy przypada na jego jedną bramkę. To z pewnością nie pomaga rozwinąć skrzydeł. A przecież w Kielcach poza jednym sezonem też nie strzelał wiele. Ale w Kielcach nie to było najważniejsze. W Kielcach Maciek Korzym, obok Kamila Kuzery, był symbolem naszego stylu gry – walecznego i nieustępliwego, może z brakami technicznymi, ale przede wszystkim z charakterem. Czego z kolei dorobił się Ryba jako zawodnik Śląska Wrocław? Kilku ośmieszających tekstów na jednym z najpoczytniejszych portali. Aha, no i jeszcze oddania koszulki, „której nie jest godzien nosić”.

Czy chcemy powrotu Maćka Korzyma do Kielc? Rozum mówi, że w jego obecnej formie nie, ale serce podpowiada, że jeśli Korzeń ma się gdzieś odbudować, to właśnie tutaj, przy Ściegiennego. A dlaczego Leszek Ojrzyński? Bo wierzymy, że będzie on kontynuował dzieło Marcina Brosza, że nie zacznie wszystkiego od początku, ale będzie się starał udoskonalić to, co zapoczątkował jego poprzednik. I jednego jesteśmy pewni – przy Ojrzyńskim drużyna na pewno nie straci kieleckiego charakteru.

Subskrybuj to źródło RSS

Zawodnicy

Log in or create an account